Kapłaństwo

Dziesięć lat temu, dokładnie 21 maja 2006 roku zostałem wyświęcony na kapłana w Zgromadzeniu Słowa Bożego. Przygotowanie do święceń kapłańskich trwało osiem lat (postulat, nowicjat, sześć lat studiów oraz roczna praktyka). Bardzo się zatem cieszyłem, że po długiej formacji zakonnej otrzymałem dar święceń. Jako motto swojej posługi przyjąłem słowa świętego Pawła: Teraz już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus (Ga 2:20). 

Jednak również martwiłem się, ponieważ wstąpiłem do wspólnoty misyjnej, a zostałem przeznaczony do pracy w Polsce. Chciałem pojechać na misje do Azji, a dokładnie do Japonii, Korei Południowej, Chin lub Mongolii. Uczyłem się nawet tych trudnych języków przez kilka lat w seminarium. 

W takim nastawieniu mijały pierwsze lata mojego kapłaństwa na parafii Królowej Apostołów w Rybniku. Tam pracowałem w Zespole Szkół Budowlanych i uczyłem młodzież religii. Ponadto było dużo pracy duszpasterskiej. Po dwóch latach przełożeni zdecydowali, że powinienem rozpocząć studia na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.

Kolejny raz prosiłem o wyjazd na misje. Niestety znowu się nie otrzymałem pozwolenia. Zacząłem zatem studiować łacinę i grekę starożytną na KULu. Przez pięć lat posługiwałem we wspólnocie neokatechumenalnej w Lublinie. Mieliśmy różnego rodzaju akcje ewangelizacyjne, a moje pragnienie wyjazdu na misje ciągle dojrzewało.

Po trzech latach przełożeni zgodzili się, abym pojechał na kurs języka angielskiego do Stanów Zjednoczonych. Po powrocie kontynuowałem studia z dziedziny patrologii. Po otrzymaniu licencjatu z teologii, pojechałem na wymianę studencką do Belgii. Tam nastąpiła głęboka przemiana w życiu kapłańskim. Doświadczyłem bowiem, że jeszcze nie jestem gotowy do pracy misyjnej i do dawania świadectwa. Na tej "pustyni duchowej" trudno było odnaleźć, choćby jedną osobę, która chciałaby uczestniczyć w codziennym sprawowania Eucharystii. Owszem, po pewnym czasie dołączyły się dwie studentki, ale i tak, gdy odprawiałem dla nich mszę świętą, myślałem o Jezusie Chrystusie, który w samotności umierał na krzyżu. Bardzo się z Nim wówczas utożsamiałem. To doświadczenie pomogło mi zrozumieć, jak bardzo jestem jeszcze słaby i niezdolny do tego, aby samemu pójść w świat i dawać świadectwo o naszym Mistrzu. Doszedłem do przekonania, że jeszcze długa droga przede mną, abym poczuł się na tyle silny, by móc głosić Ewangelię na krańcach świata. 

Obecnie jestem o wiele spokojniejszy, ponieważ przełożeni posyłają mnie na misje do Indonezji. Przyjmuję to wezwanie jako wolę Bożą i z nadzieją czekam na kolejny apostolat misyjny w Seminarium Duchownym w Ledalero na Flores. Zmieniłem przy tym swoje nastawienie do pracy misyjnej. Nie muszę przecież zawsze otrzymać, czego pragnę, ponieważ czasem to wcale nie jest dla mnie najlepsze.

Staram się również być misjonarzem dla tych, których spotykam na codziennych ścieżkach życia. Misjonuję uśmiechem, dobrym słowem, pomocną ręką... I dzięki temu doświadczam cudów, których Bóg przeze mnie dokonuje w życiu innych. Spotkani ludzie zaczynają się przede mną otwierać, mówią o swoich trudnościach i radościach. Z wielką pokorą i łagodnością staję się dla nich przyjacielem, ojcem i bratem... 

Zrobione w WebWave CMS

trzebuniak@werbista.pl

Google+

Facebook

Twitter

Linkedin

Modlitwa Zgromadzenia
Słowa Bożego

Przed światłością Słowa i Duchem łaski, niech ustąpią ciemności grzechu i noc niewiary. A Serce Jezusa niech żyje w sercach ludzi.

(Święty Arnold Janssen)